_images_e7a18878b8002f7e71d04b0e0bfd3c14.jpg

10 książek o Lwowie na czas kwarantanny vol. 2

Kwarantanna ciągle trwa i nie zanosi się na to, by wkrótce się skończyła. Dlatego zgodnie z Waszymi sugestiami kontunuujemy naszą listę lwowskich książek, które trzeba przeczytać! Oto kolejne 10 tytułów.

 

Tutaj przeczytasz pierwszą część listy lwowskich książek

 

 

Pierwsze 10 książek, miało na celu zapoznanie się z ogółną wiedzą o Lwowie. Teraz wchodzimy w bardziej zaawansowany poziom i poznajemy codziennie lwowskie życie z punktu widzenia sportowców, mieszkańców ulicy Łyczakowskiej, lotników, a nawet agentów kontrwywiadu. A więc zaczynamy i od razu przenosimy się na ulicę Gródecką, gdzie rozpoczęła się historia niezapomnianego lwowskiego trenera.

Kazimierz Górski/Paweł Zarzeczny Piłka jest okrągła


Oto propozycja idealna dla miłośników sportów wszelakich. A już w szczególności dla kibiców piłki nożnej, którym brak pasjonujących starć daje się we znaki. Na szczęście, tu o emocje nie trudno, wszak chodzi o legendę polskiej piłki nożnej! Kazimierz Górecki - lwowianin z Gródeckiej, wierny fan lwowskiej Pogoni, trener międzynarodowej sławy, prawdziwy człowiek legenda. Książka przybliży nam jego metodykę pracy, osobiste podejście do zawodników i trudne decyzje, bez których nie byłby możliwy Złoty Medal Igrzysk Olimpijskich oraz trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej. Opowieści Pana Kazimierza spisywał nieodżałowany mistrz pióra Paweł Zarzeczny, co dodaje książce jeszcze więcej smaku. 


Strzelił nadspodziewanie dobrze, piłka przeleciała tuż obok słupka. A więc 3:2 dla RKS, liga okręgowa uratowana!  Młodego Górskiego zaciągnięto do restauracji na wspólny obiad. Na takich imprezach nigdy przedtem wódki nie pito, ale tym razem Prezes Drobut był tolerancyjny. Nawet Kaziowi, jakby za każdą strzeloną bramkę postawiono dwa kieliszki. Wypił i… po raz drugi w tym dniu zakręciło mu się w głowie. Wszystko się kręciło, mieszało, traciło równowagę, gdzieś się oddalał. Przeniosło go na Wysoki Zamek. (..) Potrząsnął głową, ocknął się, coś mu szeptało do ucha, że plami „lwowski honor”, Zwalczył słabość, przypomniał sobie słowa ojca „Lwowiak, jeśli poddał się, znaczy – już go nie ma”. Może właśnie to stwierdzenie jest praźródłem głośnego powiedzonka trenera Górskiego „dopóki piłka w grze, jeszcze wszystko może się zdarzyć.

 

Sławomir Jędrzejewski Jeszcze jedna bombka eksportowego


Piwo we Lwowie! To proste zdanie nigdy jeszcze nie wywoływało uczucia tak dojmującej tęsknoty. Ciężko przewidzieć, kiedy wrócą te piękne, beztroskie czasy jednak jedno jest pewne - Lwów od zawsze lubił pić dużo i dobrze! A lwowskie piwo, oprócz tego, że samo w sobie jest rewelacyjne, kryje pod swoim smakiem wielowiekową historię - browarów, ich majętnych właścicieli i całego przekroju społeczeństwa, które się nim delektowało. O tym, w swej niewielkiej, choć wypełnionej po brzegi książce pisze Sławek Jędrzejewski.   
Jeśli chciałbyś się dowiedzieć dlaczego Lwów nazywany jest piwną stolicą Galicji, co oznaczała tytułowa „bombka” oraz jakim cudem w tak międzynarodowym mieście udało się połączyć wszystkich mieszkańców wspólną pasją - czytaj śmiało! Oczywiście w miłym, złocistym towarzystwie


Od początku działalności w asortymencie Lwowskiego Towarzystwa Akcyjnego Browarów znajdowały się różne rodzaje piwa. Podstawowym gatunkiem było klasyczne, jasne sprzedawane pod nazwą eksportowego. Browar wprowadził je na rynek 1 lipca 1899 roku i zachwalał w ogłoszeniach prasowych słowami „wyrabiane z najszlachetniejszych gatunków słodu i chmielu, które śmiało może konkurować z najlepszemi piwami obcemi”. Półlitrowa butelka piwa eksportowego kosztowała 12 centów.

Jerzy Michotek Tylko we Lwowie

Jerzy Michotek kojarzony jest przede wszystkim z polskich filmów i seriali, a już zwłaszcza z tych, w których używał swego niezapomnianego, lwowskiego zaśpiewu! Dom, Polskie Drogi, film Janusza Majewskiego C. K Dezerterzy czy komedia Wyjście Awaryjne, w której występował wraz z Bożeną Dykiel to najbardziej charakterystyczne z jego ról. I choć aktorem był wybitnym, to nade wszystko był wielkim lwowianinem. To właśnie swojemu miastu i jego wiernym mieszkańcom zadedykował książkę o jedynym możliwym tytule. A dlaczego jedynym? 


Dlatego, bo tylko we Lwowie tak ułożyły się warunki geograficzne, klimatyczne, hydrogeologiczno-patomologiczne, sprzyjające, uwarunkowujące, rozpierniczająco-koordynujące wreszcie, żeby powstać mogło niewydarzone cudactwo pod tytułem „lwowski dziecku”, do którego bez broni międzygwiezdnej ani podchodź i z którym- jeśli zaszklą mu się oczy- nie wiadomo nigdy, czy ze śmiechu, czy z żałości. Bo tylko we Lwowie, hurma narodowości, w obliczu alternatywy- albo nauczyć się współżyć, albo zginąć- nauczyła się współżyć tak, iż dziś narody świata powinny brać przykład.

Jenő Szentiványi Orlęta Lwowskie

Polak, Węgier, dwa bratanki – to prawda znana od dawien dawna. Nie zdziwi więc nikogo swoisty hołd, który na kartach swej książki składa Lwowskim Orlętom węgierski pisarz. Opowieść o heroicznych czynach młodych bohaterów, sięgających po broń w obronie ukochanego miasta poznajemy z perspektywy nastoletniego Stasia i jego siostry Marii. Będzie to więc książka idealna dla młodych czytelników - pełna dobrej fabuły, wzruszeń, prawdziwej przyjaźni, zwycięstw i porażek. Nie znudzi się nią także żaden pasjonat historii jak i Lwowa. W końcu to opowieść o męstwie, bohaterstwie i o jednej z najbardziej dramatycznych walk w historii polskich dążeń do wolności.


Co ty na to, Petrycy? Odpędziliśmy ich! Widzisz, słyszysz?
Lecz Petrycy nie widział, Petrycy nie słyszał. Petrycy nie podniósł już więcej swej twarzy o mlecznobiałej cerze i pojawiających się podczas uśmiechu dołeczkach znad łoża broniącego Polski karabinu. Petrycy poległ w trakcie pierwszej bitwy stoczonej przez pierwszy pluton. W gimnazjum przy jego nazwisku zapisano później w kronice klasowej. 1 stycznia 1919 roku, w wieku 14 lat, poniósł bohaterską śmierć na polu chwały, w okolicach biłohorskiego lasu.

Witold Szolginia Dom pod Żelaznym Lwem

Niezrównany gawędziarz i piewca Lwowa wraca pamięcią do lat trzydziestych ubiegłego wieku. Wraca do Lwowa, do stojącego po dziś dzień domu przy Łyczakowskiej i do drzwi z żelazną kołatką w kształcie głowy lwa. Te wspomnienia z lat młodości nie byłyby pewnie niczym nadzwyczajnym, gdyby nie czas, w którym autor postanowił je upublicznić. O pierwszym wydaniu książki Szolgini, Jerzy Janickim pisał tak :  


To była w latach milczenia lwowska biblia, dekalog lwowskiej wiary, katechizm lwowskiego dziecka, które na wygnaniu osiągnęło wiek zgorzkniałego starca, a ta książka przywróciła mu siły młodzieńca.


Dom pod Żelaznym Lwem to poetycki, lekko nostalgiczny opis codzienności widziany oczami młodzieńca. Poznajemy atmosferę domu młodego Tolka, jego szkolne życie, przyjaciół, rodzinę i całą plejadę mieszkańców kamienicy. Razem z Szolginią zmagamy się z matematycznymi zadaniami, obserwujemy coraz bardzo napiętą sytuację międzynarodową, a w wesoły koleżeński świat wkracza nieznane dotąd słowo Hitlerjugend. Lecz przede wszystkim zaczytujemy się w pietystyczne wręcz opisy Lwowa. Szolginia, z zawodu architekt, potrafił w sposób niezwykle plastyczny i obrazowy ukazywać miejsca. Jego opisy sprawiają więc, że nawet ten, kto nigdy nie był we Lwowie poczuje się  na Łyczakowskiej 137 jak u siebie w domu. Piękny okres dzieciństwa i młodości kończy się wraz z wejściem do Lwowa Niemców i Sowietów. Nie kończą się natomiast lwowskie wspomnienia Szlogini, o czym więcej już za chwilę… Jedna z najwspanialszych, nie tylko lwowskich, książek jakie przeczytałem.


Gazowe światło szkliście polśniewa na toczący, się falami czarnej bazaltowej kostki mokrym ulicznym bruku i zamienia tramwajowe szyny w strużki żywego srebra. Drżące na nagich gałęziach drzew rozświetlone krople wody przekształcają je w kandelabry z czarnego kryształu. Płynę pod nimi rzeką Łyczakowskiej, kierując się na rzęsiste światło odległej przybrzeżnej latarni – kaplicy za ulicą Krupiarską- Jego snop prowadzi mnie prosto ku portowemu sygnałowi: okno nad bramą mojego domu przyzywa swym blaskiem. Witaj żelazny Lwie, oto już jestem. 

Ola Hnatiuk Odwaga i strach

Odwaga i strach to wspomnienia wojenne przedstawione z punktu widzenia mikro historii. Dzięki zawartym w książce wspomnieniom, listom i pamiętnikom dowiadujemy się jak wyglądało życie w okupowanym Lwowie z perspektywy Polaków, Ukraińców oraz Żydów. Bez wydawania ocen, autorka ukazuje najróżniejsze ludzkie zachowania, od tych szlachetnych po te najciemniejsze. Czytając o ludziach ze wszystkich warstw społecznych – profesorów, artystów, muzyków – możemy sobie wyobrazić czym tak naprawdę w tamtych czasach była odwaga, a czym był strach. 


Z dniem 29 listopada 1939 roku zgodnie z postanowieniami Rady Najwyższej ZSRS wszyscy nie – Polacy automatycznie stawali się obywatelami sowieckimi. Odmowa przyjęcia sowieckiego paszportu pociągała za sobą poważne skutki; oznaczała deportacje lub więzienie. Emanuelowi Szlechterowi (autorowi piosenki Tylko we Lwowie), ani jedno, ani drugie się nie przydarzyło. Co więcej, miał oficjalne miejsce pracy. Muzycy, z którymi współpracował od lat, ruszyli w tournée, a Proszczalnaja piesienka, czyli rosyjska wersja Tylko we Lwowie stała się gwoździem programu. Autor oryginału pozostał we Lwowie „niech inni sy jadu, dzie  mogu, dzie chcu… do Moskwy, Taszkientu czy Baku. 

Jarosław Sokół Awiatorzy


Książka opisującą trudne początku polskiego lotnictwa i fikcyjnych bohaterów, których losy splatają się z przełomowymi wydarzeniami w historii Polski. Trudna droga do niepodległości, scalanie państwa, upadek dawnego świata oraz heroiczne walki z bolszewikami… nie wszyscy wiedzą jak wielką rolę odegrał w tym wszystkim Lwów! A to przecież tam odbył się pierwszy lot bojowy w historii niepodległej Polski, i tam właśnie Stefan Stec stworzył słynny projekt biało czerwonej szachownicy – znaku polskiego lotnictwa. I choć wspomina się o tym w książce, prawdziwą lwowską ucztą są opisy lotniska na Lewandówce, powietrzne walki z Ukraińcami i w końcu uformowanie Eskadry Kościuszkowskiej, czyli grupy dzielnych amerykanów z Merianem Cooperem na czele postanawiających pomóc Polsce w jej walce z bolszewickim potworem!


Tymczasem w dole, ze strzępów chmur, zaczął wyłaniać się Flieger Etappen Park pod Lwowem. Nie była to imponująca instalacja – gliniaste lądowisko, kilka hangarów, jeden murowany budynek. A jednak serce zabiło Stefanowi żywiej. Lwów to co prawda nie Poznań, ale przecież już nie Kijów. Zaczął schodzić do lądowania. Zupełnie nie miał pojęcia, jak wytłumaczyć się Austriakom. Jedyne co przychodziło mu do głowy, to po prostu wylądować, a potem, nie czekając na nic wyskoczyć z kokpitu i dać nura do lasu. Z bożą pomocą przedrzeć się do Lwowa, zrzucić szwabski mundur i odszukać miejscowych „sokołów” albo peowiaków, którzy pomogą mu wrócić do Poznania. Gotha zwalniała aż w końcu znieruchomiałą. Lepiej nie dało się wylądować. Chciał od razu rzucić się biegiem w stronę drzew, ale w tym samym momencie nogi wrosły mu w ziemię, a serce stanęło bez ruchu. Na drzewcu ponad lotniskiem powiewała leniwie biało – czerwona flaga. 

Leszek Kania Na odsiecz Lwowa


Najczęściej i całkiem słusznie Bitwa o Lwów kojarzona jest z Orlętami oraz z walkami mieszkańców miasta o swoją przyszłość. Tymczasem Lwów był także, ku naszemu utrapieniu, miejscem wielkich, politycznych rozgrywek i dyplomatycznych gier europejskich mocarstw. Listopadowy Lwów 1918 był świadkiem pogromu żydowskiego, którego sprawę zbadać miał specjalny wysłannik z Warszawy, sędzia Zygmunt Rymowicz. I to właśnie na tych nieznanych historii wydarzeniach skupia się w swojej książce Leszek Kania. Opisana w niej walka wywiadów reprezentowana przez porucznika Staneckiego i ukraińskiego chorążego Haraka, zakulisowe rozmowy Generała Rozwadowskiego z aliantami oraz walki żandarmerii wojskowej ze złodziejami i bandytami lwowskimi mogłyby stanowić kanwę dla scenariusza bardzo dobrego filmu szpiegowskiego…  


-Pogrom był dziełem przypadku- ostrożnie dobierał każde słowo Rozwadowski- Antysemityzm jest nam naprawdę obcy. Proszę pamiętać, że dowódcą centralnego odcinka obrony Lwowa był wyjątkowy dzielny kapitan Mond, a komendantem garnizonu pułkownik Misch. Obaj są przecież Żydami. Nie powiem już o wielu żołnierzach i oficerach pochodzenia żydowskiego, którzy nadal służą w administracji, wojskowej, szpitalach. Pogrom to sprawa kryminalistów.
- Dziękuję, panie generale – sędzia był mu wdzięczny. -Wiem, że cokolwiek komisja ustali, to moje imię będzie wyklęte na wieki. Całkiem niedawno powróciłem do ojczyzny z Petersburga i wkrótce może się pokazać, że nie jestem prawdziwym Polakiem – powiedział z ironią.
Rozwadowski ryknął śmiechem- To jest nas już dwóch. Ja w czasie wojny zdobywałem Lwów jako generał austriacki.

Jan Bil Lwowskie Losy


Zostajemy przy klimatach wojennych i walkach wywiadów. Tym razem, rok 1940 i ciężkie, smutne czasy okupacji sowieckiej. To właśnie wtedy na nowo stykają się losy dwóch szkolnych kolegów. Pochodzący z inteligenckiej rodziny Rafał, oraz pracujący przed wojną w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i zajmujący się kontrwywiadem Karol muszą stawić czoło wszystkim swoim przeciwnikom : sowieckim agentom, ukraińskim nacjonalistom, donoszącym na nich sąsiadom oraz zawziętemu szefowi Rafała, który marzy o wysłaniu go „na białe niedźwiedzie”. Lektura nie łatwa i to nie tylko ze względu na fabułę! Pełna autentycznego, przedwojennego bałaku może Was zmusić do częstego sięgania do przypisów. Książka dla wytrwałych czytelników lub zaawansowanych lwowian. 


Teraz jest już za późno, żeby bez ryzyka furikować na Liwandówki, za to z rana, skoro świt musimy z Rafałowej chałupy zrobić wymarsz, bu ni wiadomo co kacapy mogą wykombinować. Tam na Liwandówce, mieszka taki znajomy batiaryga, zrobimy u niego na wariata taki fest chiry, co nikogu nie zdziwi, bu to znany w okolicy i przyległościach oliwa, a od niego dwa kroki na dworzec i wejść tam można z dupy strony. Dojedziemy do Stryja, a stamtąd już moja głowa jak dojechać do Tuchli. Najważniejsze, żeby za te dwa tygodnie załatwił pan deski i ni wpalirował si w żadny chryii. Ma Pan wróble?
-    Przepraszam czy mam co? – nie zrozumiał Śliwiński.

Witold Szolgina Tamten Lwów

Wracamy do Pana Witolda. Skoro cenzura nie pozwalała na swobodnie opisywanie wszystkich lwowskich wspomnień i skoro nie wszystkie można było przemilczeć - trzeba było poczekać na lepsze czasy. I czekać było warto! Niesamowita, fotograficzna pamięć, ogromna wiedza o swoim ukochanym mieście oraz wzruszające, pełne szczegółów wędrówki lwowskimi uliczkami… z tego musiała wyjść genialna książka! 
I tutaj, najlepiej jescze raz oddać głos przyjacielowi Witolda Szolgini - Jerzemu Janickiemu:


Absolutny rebe. Po papiesku nieomylny w kwestiach lwowskich. Arbiter leopoliensis i wszystkich sporów obszaru zamkniętego rogatkami Łyczakowa i Zamarstynowa. Arcylwowiak i arcyłyczakowianin. Nawet kiedy Łyczakowską zamienił na Puławską W Warszawie, to zadbał, żeby numer -137- się zgadzał. Benedyktyński szperacz historycznych lwowskich foliałów, tak skrupulatny, że nisko sobie ceni mój rozchwytywany przez innych album „Ni ma jak Lwów”, bo w literackich zawijasach i przenośniach pomyliłem tam o dwa-trzy metry jakąś przecznicę.


Przez wiele lat Witold Szolginia w cyklu Krajobrazy Serdeczne w Radiowej Trójce opowiadał o swoim mieście. Opowiadał tak ciekawie i z taką pasją, że czytelnicy zaczęli domagać się wydania wspomnień w formie książki. I doczekali się! W ośmiotomowej encyklopedii Lwowa, opatrzonej tytułem „Tamten Lwów” każdy znajdzie coś dla siebie - począwszy od historyków, przez architektów na fanach poezji i muzyki kończąc. Już pierwsze zdania książki wiele mówią o znakomitości postaci, która ją pisała. Wielki Lwowianin, ot co!


Byłem, jestem i do końca mojego życia będę rzeczywistym, prawdziwym, na górnym Łyczakowie urodzonym Lwowianinem. Nikt mnie nigdy z tej godności i tego obowiązku nie zwolnił- ani ostatni polski Gospodarz Miasta, pan prezydent Stanisław Ostrowski, ani nikt inny. 
Ja sam tego nigdy nie uczyniłem, nie wyrzekłem się, nie wyparłem, nie zapomniałem. I nie zmieni tego faktu owej dozgonnej przynależności do Lwowa, ta okoliczność, że muszę – choć ciągle nader ciężko mi to przychodzi- żyć z dala od Niego, nie oddychać Jego powietrzem, nie chodzić Jego ulicami. Nie wspinać się na Wysoki Zamek, nie odwiedzać parku Łyczakowskiego lub Stryjskiego. Nic to jednak nadzwyczajnego, nie ja pierwszy, nie ja jeden, są takich wciąż jeszcze tysiące. 
 

Chcesz zobaczyć miejsca związane z lwowskimi książkami i ich bohaterami?

Napisz do Baciara i wspólnie zaplanujmy idealny wyjazd!

Kontakt

Polub Baciara na Facebooku

Polub Baciara na Instagramie